W domach z betonu nie ma wolnej miłości

Przyszło mi w ostatnim czasie po raz kolejny sprzątać moje stare mieszkanie po najemcach. Po raz kolejny również zawinęli się bez słowa, zostawili syf, rzeczy pozbierał biedny rodzic i wysłał do niemiec. I tak lepiej niż poprzednio – wtedy to my zbieraliśmy rzeczy osobiste i pakowaliśmy ze wskazaniem wysłania ich do Trynidadu Tobago…

What the fuck is wrong with this people?! Chciałoby się grzecznie zapytać…
Przy okazji gruntownych porządków odkryłam, że proszek do prania świetnie usuwa stary, osadzony tłuszcz na meblach, okapie i kuchence… Dygresja taka…

Za każdym razem, kiedy wchodziłam do mieszkania po najemcach czułam się obco. To nie było już moje uwite z mozołem, opłacone krwawym Frankiem, gniazdko. Czułam się tak, jakby ktoś brudną chochlą mieszał w mojej zupie, w moich wspomnieniach. Minęły pracowite godziny i kilka dni jeżdżenia tam i z powrotem ze znudzonymi dzieciakami pod pachą i mieszkanie przestało śmierdzieć, inox znów był inoxem a kilka mebli powędrowało pod śmietnik z przyczyn obiektywnych… Nadszedł wieczór, w ciemniejącej szybie mogłam dostrzec zarys obfitych koron drzew, sięgających czwartego piętra. To właśnie ze względu na ten widok kupiłam mieszkanie na ostatnim piętrze. To był najwyższy budynek w tej dzielnicy, pełnej zieleni i starych, poniemieckich willi. Siedząc przy oknie w kuchni, mogłam obserwować zachodzące za drzewami pobliskiego lasku słońce. Fajnie było… Jak to mówią, ciasne ale własne.

Chociaż dopadła mnie melancholia, nie oznacza to, że żałuję zmiany miejsca zamieszkania. Teraz mieszkam na wsi. Nie takiej ładnej jak z obrazka, wsi polskiej z Kochanowskim, ucinającym sobie drzemkę pod lipą… Stanowczo dementuję plotki o wiejskiej ciszy. Jest głośniej niż w niejednej ruchliwej dzielnicy w mieście. Szum autostrady nieustannie dobija się do okien jak rój wściekłych os. Ciągniki, traktory i wszelkie inne pojazdy gabarytowe z podwójnie zaprzęgniętymi ciężarówkami na czele, zarzuconymi złomem ponad ładowność, tarabanią się radośnie na “zabytkowych” kocich łbach tuż pod oknami, wprawiając podłogę w niepokojące drżenie… Sąsiad od strony sypialni do późnych godzin nocnych wyrabia normę w przydomowym warsztacie samochodowym, szalejąc z wyrzynarką do blachy, a co wyrrznął zaraz musi przecież pospawać… Z pokoju nad ogrodem roztacza się piękny widok na pola, i roztaczał by się tak w najlepsze, aż tu nagle trach! Na horyzoncie wyrasta blaszana konstrukcja, złośliwie odbijająca promienie słoneczne prosto w oczy. Stalowy moloch puszy się i dumnie spoziera na rozrastający parking… Trach! Znów kawałek pola zapadł się pod gruzowiskiem, by po chwili, centrum logistyczne mogło zaroić się od nowiuśkich, lśniących ciężarówek, gotujących się z szarżą na nasze “kocie łby”…

Nie żałuję przeprowadzki na wieś. Postanowiłam jedynie zmienić wieś… 🙂

Tymczasem wróciłam do miasta. Na chwilę. W odwiedziny do wspomnień. Do przechadzek krzywymi chodnikami, które kiedyś wyprowadzały mnie i wózek z synem na pokładzie z równowagi. Do starych, zaniedbanych kamienic, z równie starymi ludźmi w oknach. Sięgam pamięcią wstecz i wygrzebuję wspomnienie, paskudnych dzielnic, które zdawała się pogodnym, betonowym placem zabaw, kiedy padły na nią promienie popołudniowego, letniego słońca. Na środku chodnika rozkładaliśmy koc, lalki barbie i resoraki. Obok w piwnicznym okienku siedział umorusany resztkami, przed chwilą zrzucanego węgla, kot. Równie umorusane dzieciaki, rozbiegały się w dzikim pędzie, chowając się w obskurnych, robiących za publiczną toaletę bramach, po to by za chwilę z dzikim wrzaskiem “pobite garyyyy!!!!!” gnać na złamanie karku pod śmietnik – dumne, pomarańczowe, wiecznie przeładowane centrum miejskiego podwórka, z liczną, skrzydlatą klientelą…

Martyna Jakubowicz śpiewała, że w domach z betonu nie ma wolnej miłości. Zdawać by się mogło, że poziom prywatności spada wprost proporcjonalnie do wzrostu liczby sąsiadów. A jednak większa ilość życiowych perypetii przypadających na metr kwadratowy bloku mieszkalnego sprawia, że te nasze przestają być wyjątkowe. Wypływają na wierzch po to tylko by za chwilę schować głowę w morzu innych, mniej lub bardziej podobnych historii. W tłumie, paradoksalnie łatwiej zachować większą anonimowość, niż w małej społeczności z wyostrzonym zmysłem obserwacji i łaknieniem sensacji godnym profesjonalnych paparazzi.

Uwielbiam przechadzać się po ulicach miast, przyglądać się miejskiej architekturze, jej nieharmonijnej różnorodności, wyobrażać sobie jakie historie można by spisać i zamknąć w okładkę, gdyby któryś z okiennych wartowników zechciał się nimi podzielić. Uwielbiam odwiedzać wielkie zagraniczne miasta i małe miasteczka z urokliwymi uliczkami. Uwielbiam oglądać zdjęcia z architekturą  miejsc, w których jeszcze nie byłam i snuć plany na odległe wakacyjne spacery na dziko, po nieoznaczonych na szlakach turystycznych, dzielnicach, usiąść na schodach jednej z kamienic i przez chwilę poczuć uliczny mikroklimat, atmosferę tamtejszego życia.