Psu na budę… czyli po co mi ten blog?

Od dłuższego czasu śnię na jawie o domu. O domu, który udźwignie wszystkie moje marzenia i aspiracje, zniesie wybujałą fantazję, otworzy się dla mojej rodziny i przytuli ją do siebie, roztaczając w koło atmosferę miłości, magii i wolności.

Ponieważ droga do celu jest, powiedzmy sobie szczerze, dla większości z nas długa i wyboista, czas oczekiwania dłuży się niemiłosiernie, a głowa nieustannie pracuje produkując coraz to nowe pomysły na kształt przyszłego lokum, postanowiłam znaleźć sposób na wyładowanie tej eksplozji obrazów w mojej głowie i złagodzić jakoś narastającą niecierpliwość.

Kiedy pomyślałam o założeniu bloga na temat aranżacji przyszłego domu (nie tylko materialnej ale i tej metafizycznej), pośród myśli o tym jak znaleźć swoją niszę w tak tłocznym towarzystwie i nie pozostać nigdy nie odwiedzoną łąką w gęstym lesie, nawiedziła mnie wizja, która dodała mi odwagi i otuchy. Przywidziało mi się, że stoję przed witryną wybornej restauracji, wszystkie stoliki są pozajmowane, panuje wesoły gwar rozgorzałych dyskusji. Kelner przy wejściu kontroluje kolejkę oczekujących, na ulicy zaś rośnie długi ogon pragnących dostać się do środka. I ja, która niepewnie przystaję na końcu tego ogonka z poczuciem lekkiego zawstydzenia. Po pewnym jednak czasie okazuje się, że nie jestem już ostatnia, kolejne osoby z mniejszym lub większym animuszem przystępują do tej kolejki. Słychać ciche szmery rozmów, nawet nie spostrzegam kiedy sama zostaję wciągnięta w pogawędkę z kolejkowymi sąsiadami. Rozmawia nam się żywo i wesoło, czas leci szybciej, aż zakolegowani stoimy już przy drzwiach do restauracji, kelner przydziela nam wolny stolik a my zasiadamy z miłym poczuciem zadomowienia, jakbyśmy już od dawna w niej siedzieli.

Stanęłam więc w tej kolejce po spełnione marzenie, wraz z innymi marzycielami, z nadzieją że czas oczekiwania upłynie nam szybciej, że pozbieram i uporządkuję pomysły, że finalnie wybiorę ten najlepszy, jedyny słuszny.