Pryzmat

Kontynuując wprowadzenie do mojej nowej przestrzeni cyfrowej, chciałabym wytłumaczyć się, poniekąd z góry, z moich wyborów co do rodzaju zapisywanej treści i przedstawianych obrazów. Na pewno będą wydawały się niespójne, być może niekonsekwentne, z całą pewnością nieprofesjonalne. Będą jednak odsłoną świata, jaki chciałabym oglądać wokół siebie, który też nie jest przecież bezwarunkowo spójny i konsekwentny, profesjonalnie za to zaskakuje.

Tak więc, już na samym początku przez chwilę straciłam z oczu mój cel. Nie dosłownie, ale duch ogniska domowego został zachwiany. Przekopałam pół internetu w poszukiwaniu inspiracji, zalała mnie fala dizajnu, trendów i stylówek, aż zapomniałam, co tak naprawdę mnie inspiruje.

Czy miewacie czasem sytuację, w której wybieracie się do sklepu po konkretną, przemyślaną rzecz, po czym po wejściu do sklepu zostajecie postrzeleni z każdej strony genialnym produktem, zupełnie innym od tego, który zaplanowaliście ale… jakże genialnym!? Wpadacie po kolei w euforię, amok, niezdecydowanie, odrętwienie, na koniec rezygnację i wychodzicie ze sklepu z pustymi rękami? Ja tak mam. Okazuje się, że w internecie też można wpaść w tą pułapkę. Mózgownica się zapycha i przestaje myśleć samodzielnie, wyobraźnia rzyga gotowymi schematami, bezkrytycznie oddając się konsumpcji idealnej geometrii, wyważonych połączeń, subtelnej gry kolorów… bla bla bleee… 🙂

Do czego zmierzam? Do ponownego ustawienia na piedestale mojej najważniejszej inspiracji – mojej rodziny.

Moim celem nie jest postawienie domu – ładnego i modnego budynku, po którym będę się przechadzać jak po stronach z katalogu Ikei. Chcę zamieszkać w domu, w którym będzie się tworzyć historia mojej rodziny. W którym przeżyjemy cały wachlarz emocji. Z którego będziemy wyjeżdżać i do którego zawsze będziemy wracać. Na ten dom będzie patrzeć wiele par oczu, nie tylko moje. I właśnie tymi, nie moimi oczami, staram się teraz spoglądać w przyszłość. Spoglądać przez pryzmat zapracowanego męża, który próbuje odnaleźć wczorajszy dzień. Przez pryzmat zbuntowanego nastolatka – indywidualisty, którym niebawem stanie się mój pierworodny. Przez pryzmat rozbrykanego “cielaka” z wielką przygodą w tle, którym jest teraz mój młodszy syn. Przez pryzmat nie do końca ogarniętej matki, żony i kochanki, która zaległa późnym wieczorem w fotelu z lampką wina w ręce, zapominawszy o stercie garów czekających w zlewie, o z rana nastawionym praniu, wciąż nie wywieszonym, o kłębkach kurzu wyzierających złośliwie spod kanapy. Przez pryzmat mijającego czasu… młodości, dojrzewania i starości…

To jest właśnie mój pryzmat, którego zaledwie odbicie postaram się odnaleźć w oknach, ścianach, podłogach, meblach, lampach, suficie…